Czego się bać

Z dostępnych analiz socjologicznych wynika, że Polacy kompletnie nie wiedzą, czego się bać. Nie nadążają za propozycjami przedstawianymi przez demokratycznie wybrane władze. Według badania Kantar Public dla organizacji More in Common, omawianego niedawno w POLITYCE, najwięcej obaw wśród obywateli budzą wysokie koszty życia i zła sytuacja systemu opieki zdrowotnej. Jest to niepoważne i nieodpowiedzialne. Lojalny obywatel nie powinien się bać według własnego widzimisię, ale zgodnie z wytycznymi władz państwowych. Przypomnijmy więc, kogo, czego i dlaczego należy się obawiać. Bać się trzeba Unii Europejskiej i Niemiec.

Wychodzi to zresztą na jedno, bo – jak wiadomo – Unia Europejska i Niemcy to jedno i to samo. Niemcy, przerażone naszymi osiągnięciami gospodarczymi, robią wszystko, żeby polska gospodarka nie mogła być konkurencyjna wobec niemieckiej. Za pośrednictwem Unii, która jest marionetką w ich rękach, narzucają nam politykę klimatyczną, która zdruzgotać ma nasze górnictwo i inne filary przemysłu. Dalej: bać się należy uchodźców i imigrantów. Szczególnie niebezpieczni są uchodźcy ekonomiczni udający politycznych. Jeszcze gorsi od nich są uchodźcy polityczni udający ekonomicznych. Pod pretekstem poszukiwania u nas pracy mogą rozwinąć działalność rozkładową, dywersyjną i terrorystyczną. Mogą przemienić ulice naszych miast w ulice Paryża. Rzecz jasna ciągle trzeba się bać ideologii LGBT. Nie wiadomo dokładnie, na czym ona polega, ale tego tylko brakowało, żeby było wiadomo. Ujawnienie treści tej ideologii spowodowałoby zaczadzenie nią nieskażonych umysłów. Bać się też należy wagnerowców. Zbliżają się oni do polskiej granicy i mogą uszkodzić płot, wzniesiony tak wielkim nakładem sił i środków. Wagnerowcy są tym bardziej niebezpieczni, że przemieszczają się na małej wysokości i są trudni do wykrycia.

Wszystkie te niebezpieczeństwa bledną jednak wobec najstraszniejszego, jakim jest seksualizacja dzieci. Pomyślmy. Próby ograniczenia tego procederu na drodze ustawowej podejmowane są dopiero obecnie. Dotychczas dzieci seksualizowane były nieustannie, uporczywie i bez żadnych ograniczeń. Zdążyły już dorosnąć i obecnie, kompletnie zseksualizowane, na każdym kroku czyhają na naszą cześć i niewinność. Te, które jeszcze nie dorosły, z pewnością wywierają demoralizujący wpływ na swoich rodziców. Pod tym wpływem mogą oni zacząć zadawać sobie niemoralne, nieprzyzwoite pytania, jak, na przykład, skąd się biorą dzieci albo czym się różnią chłopcy od dziewczynek. Czym to się może skończyć, lepiej nie myśleć.

Ograniczenie seksualizacji to zdecydowanie za mało. Rozwiązaniem skutecznym może być jedynie całkowita deseksualizacja, nie tylko dzieci, ale wszystkich mieszkańców Polski. Również przybywający do naszego kraju cudzoziemcy powinni być deseksualizowani natychmiast po przekroczeniu granicy. Rzecz jasna przy użyciu metod wykluczających jakąkolwiek reseksualizację.

Jacek Poprzeczko

© POLITYKA nr 33 (3426), 09.08.2023