Czy Kaczyński wiedział, że wie

Zwolennicy Jarosława Kaczyńskiego triumfują: prezes znowu wyprowadził wszystkich w pole, pięciokrotnie wystawiając w wyborach na marszałka województwa małopolskiego „niewybieralnego” posła Kmitę po to, żeby w szóstym podejściu móc rzucić na zupełnie zdezorientowaną opozycję zwycięską kandydaturę radnego Smółki. Dzięki zręcznej zmianie kandydata udało mu się w ostatniej chwili osiągnąć coś, czemu od początku był przeciwny. Za równie duże osiągnięcie prezesa uważam to, że chociaż nowy marszałek nosi zupełnie inne nazwisko niż kandydat, którego prezes popierał, to ma tak samo na imię.

Równolegle z wyborami w Krakowie trwały ustalenia, ile Kaczyński wiedział o skali nielegalnego wykorzystywania pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości i czy wiedział to „rzeczywiście”, czy w jakiś inny sposób. Nieco światła rzucił na tę sprawę tajny list, jaki Jarosław Kaczyński napisał w 2019 r. do Zbigniewa Ziobry. Niestety, jest to światło mętne i mocno przyciemnione, bo z listu wynika, że jeśli nawet Kaczyński coś wiedział, to nie miał wiedzy o tym, że to wie.

Politycy PiS tłumaczą, że jakby prezes Kaczyński wiedział, że wie, to przecież w liście nie zakazywałby Suwerennej Polsce przekrętów w Funduszu, „o ile informacje na ten temat są prawdziwe”. Ale ponieważ wiedział, chociaż o tym nie wiedział, postanowił napisać w tej sprawie do Ziobry. Zarzuty, że przede wszystkim powinien napisać do prokuratury, są o tyle nietrafione, że zawiadamianie prokuratury o tym, że się w jakiejś sprawie nic nie wie, jest bez sensu i tylko naraziłoby Kaczyńskiego na śmieszność.

Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że napisany przez Kaczyńskiego list był – jak się okazuje – tak tajny, że Kaczyński nie wie, czy w ogóle go napisał. „Ja tego listu nie pamiętam, nie pamięta go również minister Ziobro”. Prezes nie twierdzi, że list do Ziobry nie istnieje, twierdzi po prostu, że z tego, czego na ten temat nie pamięta, wynika, że może nie być jego autorem. „Ja za to stu procent nie daję” – zastrzega.

Nie wiadomo, na ile procent list mógł być przez niego napisany, bo prezes dokładnych wyliczeń nie przedstawia. Być może napisał go tylko na 30 proc., w każdym razie prokuratorzy znaleźli go w mieszkaniu byłego wiceministra Romanowskiego z Suwerennej Polski na 100 proc. Doceniam zabiegi prezesa PiS w sprawie utajnienia listu przed wszystkimi, ale uważam, że utajnienie go przed sobą samym to trochę zbyt daleko idąca ostrożność.

SŁAWOMIR MIZERSKI

© POLITYKA nr 29 (3472), 10.07.2024