Z życia sfer

Jazda polska ze zwrotami

Informację o tym, że Parlament Europejski nakazał europosłowi Czarneckiemu z PiS zwrot 100 tys. euro, które pobrał bezprawnie na tzw. kilometrówki, przyjąłem ze smutkiem. Europosła Czarneckiego można nie lubić, można pukać się w czoło, słysząc, co wygaduje, można nawet robić sobie z niego jaja, ale uważam, że odbieranie Czarneckiemu tego, po co do europejskiej polityki przyszedł i na czym mu szczególnie zależy, to cios poniżej pasa. Nie po to Czarnecki zostawał europosłem i od lat tłucze się tysiące kilometrów na posiedzenia PE, żeby do tego interesu dopłacać. Dlatego nie dziwię się, że w sprawie fundamentalnej, dotyczącej tego, ile da się „przytulić” na lewo na dietach i kilometrówkach, polityk ten był bezkompromisowy i pokazał, że nie jest mu wszystko jedno.

Jak wynika z analiz brukselskich urzędników, Czarnecki przewalał PE na kasę w ten sposób, że w latach 2008-18 zgłaszał, że mieszka w Jaśle, chociaż przebywał w tym czasie w Warszawie. Dzięki temu przy każdej podróży do Brukseli jego kilometrówka powiększała się o 680 km. W dodatku Czarnecki deklarował, że podróżował różnymi, nienależącymi do niego autami chociaż ich właściciele zaprzeczyli, że mu je pożyczyli, a np. fiat punto cabrio, którego Czarnecki miał używać w lutym 2012 r 11 lat wcześniej został zezłomowany.

Mimo istniejących dowodów europoseł PiS oświadczył, że zarzuty uważa za fake newsa mającego na celu zdyskredytowanie jego osoby. Jego oświadczenie wskazuje na to, że Czarnecki w latach 2008-18 najwyraźniej nie miał świadomości, że nie mieszka w Jaśle. Być może na skutek przemęczenia pracą przebywającemu na stałe w Warszawie Czarneckiemu wydawało się, że jest w Jaśle, i stamtąd jeździ na posiedzenia PE. Jeśli można mu coś zarzucić, to jedynie to, że używał samochodów, które brał bez pozwolenia właścicieli, a nawet - jak w przypadku fiata punto cabrio - bez sprawdzenia, czy dane auto w ogóle istnieje.

Czytam, że europoseł Czarnecki, mimo że nie czuje się winny wyłudzenia żadnych pieniędzy, przystąpił już do zwrotu sumy zażądanej przez PE. Doceniam ten bezinteresowny gest, ale jako Polakowi jest mi przykro, bo uważam, że te pieniądze były szansą na dynamiczny rozwój Czarneckiego - odrobienie wywołanych wojną zapóźnień i doszlusowanie do cywilizacyjnego poziomu europosłów ze „starej” Unii. W efekcie za kilka lat być może nie musielibyśmy się Czarneckiego wstydzić, a on mógłby wreszcie dojeżdżać do Brukseli porządną bryką, nie zaś gratem, którego trzeba było zezłomować, zanim Czarnecki do niego wsiadł.

SŁAWOMIR MIZERSKI

© POLITYKA nr 18 (3310), 27.04-4.05.2021