Kto rąbnął kasę na zamach

Jako szef wywiadu zagranicznego Biesieda obiecał Putinowi zorganizowanie w największych ukraińskich miastach serii anty-Majdanów, na których opłaceni uczestnicy – w każdym mieście „do 2 tys. wysportowanych mężczyzn” – mieli wystąpić przeciwko kijowskim „neonazistom” i usiać kwiatami drogę czołgom rosyjskim. Niestety, kasa na operację zniknęła, kwiaty i wysportowani mężczyźni się nie pojawili, a Biesieda trafił do aresztu FSB.

Jarosław Kaczyński i Antoni Macierewicz są przekonani, że to Rosja strąciła samolot z prezydentem Polski na pokładzie. Operacja miała być precyzyjnie zaplanowana i wykonana przy użyciu najnowocześniejszych technologii. Nie wiem tylko, czy Rosja, dysponując takimi generałami jak Biesieda, byłaby w stanie taką skomplikowaną operację przeprowadzić, a potem jeszcze zatrzeć ślady po wybuchach i sfałszować zapisane na pokładowym rejestratorze rozmowy w kabinie pilotów.

Jeśli nawet była, a oderwany od rzeczywistości Putin dał kasę na taki projekt, to myślę, że i tak rąbnął ją jakiś generał. A potem, wykorzystując fakt, że tupolew z prezydentem RP na pokładzie rozbił się w Smoleńsku na skutek zaniedbań i błędnych decyzji załogi, wmówił Putinowi, że zamach się udał. Ten nie miał powodu nie wierzyć, zwłaszcza że po latach żmudnych badań potwierdziła to podkomisja Macierewicza, na której działanie polski rząd wydał wiele milionów złotych. Nie wiem, jakich substancji użyto wobec szefa i członków podkomisji, aby wywołać u nich niezachwiane przekonanie o dwóch wybuchach, ale przeprowadzane przez nich wizualizacje i doświadczenia z puszkami i parówkami dowodzą, że chodzi o preparaty silnie toksyczne, w dodatku – jak pokazała niedawna konferencja prasowa Macierewicza – zdolne przez wiele lat utrzymywać kogoś w stanie silnego oszołomienia.

Na kradzież funduszy przeznaczonych na zamach smoleński nie mam żadnych dowodów, co sprawia, że jest ona dokładnie tak samo prawdopodobna jak wspomniany zamach. A kto wie, czy nie bardziej, biorąc pod uwagę, że przywłaszczenie pieniędzy i dosypanie czegoś do kawy Macierewiczowi jest jednak zadaniem prostszym od strącenia prezydenckiego samolotu przy użyciu ładunków termobarycznych, niezauważenie wniesionych na pokład nie wiadomo jak i nie wiadomo przez kogo, a potem nie wiadomo, w jaki sposób odpalonych.

SŁAWOMIR MIZERSKI

© POLITYKA nr 17 (3360), 20.04-26.04.2022