Z życia sfer

Minister kultury i ewolucji

Padają oskarżenia, że minister Gliński utracił kontrolę nad narodową kulturą. Niebezpodstawne, biorąc pod uwagę, że bez jego akceptacji powstają utwory podmywające polskie fundamenty, ośmieszające rząd i polską rzeczywistość, z prezesem Kaczyńskim na czele.

Gliński zapewnia, że ma na te utwory własne, sprawdzone pomysły, niestety twórcy z nich nie korzystają i tworzą po swojemu. Czym to się kończy, pokazał ostatni „zdegenerowany projekt” reżysera Smarzowskiego, który minister dopuścił do rozpowszechniania tylko dlatego, że - jak twierdzi - nie jest zwolennikiem prymitywnej cenzury, ale „inteligentnych, ewolucyjnych reform”.

Nie wiem tylko, czy do zreformowania drogą ewolucyjną kogoś takiego jak Smarzowski inteligencja pana ministra jest wystarczająco wysoka. I czy w chwili, gdy narodowe kino upada, nie lepsze byłoby jakieś mniej inteligentne, za to bardziej skuteczne rozwiązanie. Może zamiast latami czekać na ewolucję twórców takich jak Smarzowski, trzeba po prostu uniemożliwić im robienie filmów, a wtedy sami przyjdą i poproszą, żeby im dać coś do nakręcenia.

W kulturze liczą się wybitne osiągnięcia. Uważam, że doprowadzenie do nienakręcenia zdegenerowanego „Wesela” przez Smarzowskiego byłoby dużym osiągnięciem Glińskiego i lansowanego przez niego modelu kultury. Zresztą nie pierwszym; dzięki jego decyzjom przez ostatnie sześć lat udało się nie zrealizować wielu interesujących projektów filmowych i teatralnych, nie doszło także do sporej liczby ważnych wystaw i festiwali, co w opinii Glińskiego jest nie tylko jego osobistym osiągnięciem, ale też sukcesem całej narodowej kultury.

Ważnym wydarzeniem ostatnich dni było odwołanie z przyczyn politycznych prawykonania koncertu na flet i orkiestrę wybitnego kompozytora Pawła Szymańskiego na festiwalu Eufonie. Utwór zasłużył sobie na wyróżnienie dzięki wykorzystaniu w nim przez Szymańskiego słynnego lapsusu Jarosława Kaczyńskiego: „...nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”. Niewykonanie dzieła odbiło się szerokim echem; jest szansa, że dzięki temu będzie niegrane także na innych krajowych festiwalach oraz w rządowym radiu i telewizji, co z pewnością przyczyni się do jego popularyzacji. Dzięki licznym niewykonaniom utwór ten być może dorówna popularnością Mickiewiczowskim „Dziadom”, wyreżyserowanym przez Maję Kleczewską w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie. W przeciwieństwie do niezagranego koncertu Szymańskiego „Dziady” są na razie grane, ale po tym, jak w wyniku miażdżącej krytyki małopolskiej kurator na spektakl walą tłumy, a bilety na najbliższe tygodnie wyprzedano, nie wiadomo, jak długo to potrwa.

SŁAWOMIR MIZERSKI

© POLITYKA nr 49 (3341), 1.12-7.12.2021