Z życia sfer

Niech rząd dokupi lekarzy

Kilkanaście dni temu były marszałek Senatu Stanisław Karczewski wyśmiał opozycję, gdy ta zarzuciła rządowi, że przespał czas na przygotowanie się do drugiej fali pandemii. „A co mieliśmy zrobić? Szpitale budować?” – pytał z przekąsem.

Trudno się z nim nie zgodzić, bo budować oczywiście można, tylko co potem, kiedy tych szpitali się nabuduje i okaże się, że niepotrzebnie, bo epidemia się skończy, a rząd z tymi szpitalami zostanie jak Himilsbach z angielskim?

Poza tym szpitale powinien zbudować dawno temu rząd Tuska. Z tym że Tusk zamiast szpitali wolał budować stadiony i orliki, które teraz stoją, niszczeją i rząd PiS musi je na gwałt przerabiać na szpitale. Co nie jest takie proste, bo z powodu partactwa ekipy Tuska część obiektów jest niezadaszona, więc trudno wymagać, żeby rząd PiS w tak nieludzkich warunkach trzymał chorych pod respiratorem. W dodatku brakuje lekarzy i pielęgniarek, na wykształcenie których rząd Tuska miał osiem lat, ale je zmarnował. Dzisiaj opozycja nie ma pojęcia, skąd tych lekarzy brać, dlatego winę za niewydolność systemu próbuje przerzucić na premiera.

Chaotyczne działania opozycji w sprawie pandemii budzą rosnący niepokój rządzących. Gołym okiem widać, że opozycja sobie z pandemią nie radzi – do tej pory nie kupiła ani jednego respiratora, nie utworzyła żadnego szpitala polowego, nie sprowadziła samolotu transportowe go z maseczkami i przyłbicami. Nie doprowadziła nawet do zatrudnienia choćby jednej pielęgniarki czy lekarza, zwalając problem na barki rządu i podległych mu wojewodów. Ci oczywiście robią, co mogą, i zgodnie z zasadą „wszystkie ręce na pokład” mobilizują do pracy w szpitalach kogo się da. W niektórych województwach skierowania wysyła się również lekarzom już nieżyjącym, niestety na razie odzew z ich strony jest żaden.

Rząd ma plan, żeby brakujących lekarzy pozyskać z Ukrainy, Kazachstanu czy Mongolii, chociaż trudno powiedzieć, jakiej będą jakości. Można ich też próbować kupić od handlarzy ludźmi lub od znajomego handlarza bronią, który kilka miesięcy temu sprzedał rządowi PiS respiratory.

Pytanie tylko, kto w Ministerstwie Zdrowia podejmie takie ryzyko w sytuacji, gdy wciąż nieuchwalona jest ustawa „bezkarność plus”? Jak wiadomo, zakupionych respiratorów handlarz nie dostarczył, nie ma zatem żadnej pewności, że dostarczy zakupionych lekarzy. Poza tym, kto zagwarantuje, że ci lekarze nie okażą się przebierańcami, którym Ministerstwo Zdrowia będzie musiało za dodatkowe pieniądze dokupić w internecie atesty i dyplomy, niezbędne do tego, żeby nadawali się do pracy w Polsce?

SŁAWOMIR MIZERSKI

© POLITYKA nr 44 (3285), 28.10–3.11.2020