Pociągi pod niespecjalnym nadzoremMedia poinformowały, że pociąg PKP Intercity relacji Warszawa Gdańska–Wrocław Główny jechał po złym torze. Dokąd po tym torze dojechał, nie podano. Biorąc pod uwagę panujący na kolei chaos, moim zdaniem mógł dojechać nawet do Wrocławia Głównego. A w najgorszym razie do jakiegoś innego miejsca, gdzie jest stacja. Najważniejsze, że pasażerowie przeżyli i po złapaniu przesiadki mogli wrócić na właściwy tor. Fakt, że ten pociąg jechał, mimo że był na złym torze, a także mimo trwającego na Warszawskim Węźle Kolejowym paraliżu, uważam za szalenie krzepiący. Firma PKP PLK zapewnia, że w wyniku pomylenia torów do żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa pasażerów i kolei nie doszło. Trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli wszystkie pociągi jeździły po dobrym torze, a tylko jeden po złym, to uważam, że nie ma co histeryzować i dzielić włosa na czworo. Kierownictwo PKP PLK od lat wydaje miliardy na rzecz poprawy sytuacji na torach; efekt jest taki, że liczba pociągów jadących po właściwym torze dynamicznie rośnie, a jeden jadący po niewłaściwym nie jest w stanie tego obrazu zaciemnić. Mimo to PKP PLK na wszelki wypadek poinformowały, że w celu zapewnienia jeszcze większego bezpieczeństwa w ruchu pociągów (który dzięki sprawnym działaniom kierownictwa firmy i tak jest już maksymalnie bezpieczny) „w trybie natychmiastowym wdrażają dodatkowe procedury” mające na celu to, żeby pociągi nie były kierowane na złe tory. Procedury mają być wsparciem dla dyżurnych ruchu i składać się z dodatkowych szkoleń tych dyżurnych, dzięki czemu zwiększą się ich zdolności do kierowania pociągów na właściwe tory. Uważam, że podobne wsparcie przydałoby się w innych instytucjach, w których sprawy biegną po złym torze lub w kierunku przeciwnym do tego, w jakim powinny biec. Skutek jest taki, że np. miliony euro, zamiast biec z Unii do Polski, biegną w formie kar z Polski do Unii, a Trybunał pani Przyłębskiej, zamiast wydawać coraz więcej wyroków, nie wydaje ich wcale. Z kolei obiektem systemowych działań wymiaru sprawiedliwości kierowanego przez Zbigniewa Ziobrę zamiast przestępców są wybrani sędziowie i prokuratorzy, których ten system ściga i skazuje chętniej i z większą pasją niż oskarżonych o gwałty, kradzieże i rozboje. Szczególnie dramatycznym przypadkiem jest policja, która ma dbać o bezpieczeństwo wszystkich obywateli, ale skupia się na dbaniu o bezpieczeństwo jednego, a dla pozostałych bywa poważnym zagrożeniem. Nic dziwnego, że minister sprawiedliwości w trosce o własne bezpieczeństwo nie rusza się z domu bez pistoletu wetkniętego za pasek spodni, a na posiedzeniach rządu w ogóle przestał się pojawiać. SŁAWOMIR MIZERSKI © POLITYKA nr 14 (3408), 29.03-4.04.2023 |