Mizerski na bisPomysłowy ministerReżyser Ryszard Brylski pod czas premiery filmu „Śmierć Zygielbojma” zarzucił władzy próbę sprowadzenia jego filmu do „kina rządowej propagandy”. To dowód na to, że powierzenie Brylskiemu zadania opowiedzenia historii Zygielbojma było, niestety, błędem tej władzy. Oświadczenie opublikowane przez współfinansującą projekt Polską Fundację Narodową nie pozostawia wątpliwości, że „Śmierć Zygielbojma” opowiada o tym, że „Polacy i Żydzi wespół ginęli w Holokauście” i że „żaden czynny udział Polaków w zagładzie Żydów nie był możliwy”. Tymczasem Brylski hamletyzuje i publicznie ogłasza, że takich tematóww ogóle nie poruszał, potwierdzając w ten sposób, że zupełnie nie orientuje się, o czym jest film, który nakręcił. Uważam, że dla Brylskiego będzie lepiej, jeśli uczciwie przyzna się, że nakręcił utwór o tym, o czym mówi mu się, że nakręcił. Fakty są takie, że gdyby „Śmierć Zygielbojma” była o tym, o czym Brylskiemu się Wydaje, że jest, to PFN nie dałby na nią ani grosza, prezydent Duda nie objąłby jej swoim światłym patronatem, a minister Gliński nie ogłosiłby, że to on jest pomysłodawcą filmu. Wobec Glińskiego bywam krytyczny, ale nie wyobrażam sobie, zeby mógł on wymyślić film pokazujący, że w Holokauście Polacy nie ginęli wspólnie z Żydami. Gliński nie raz pokazał, że jest politykiem pomysłowym, dlatego wierzę, że miał pomysł na film Brylskiego. Dlaczego Brylski upiera się, że nic o pomyśle Glińskiego nie wiedział? Może błędem Glińskiego było, że z powodu natłoku obowiązków zapomniał poinformować o nim Brylskiego, który w efekcie nakręcił „Smierć Zygielbojma”, będąc niesłusznie przekonanym, że kręci ją według własnego pomysłu. To nauczka, że ważne filmy, odkłamujące polską historię, należy kręcić samemu, a nie dawać ich do kręcenia przypadkowym reżyserom - ludziom często niechętnym władzy i reprezentowanym przez nią wartościom. Jestem pewien, że gdyby minister kultury i sztuki znalazł wolną chwilę i osobiście nakręcił „Śmierć Zygielbojma” według własnego pomysłu, w utworze tym znalazłoby się dokładnie to, co zdaniem PFN powinno w nim być i nikt nie miałby wątpliwości, że mówi on o tym, o czym ma mówić. Problem jest zresztą szerszy i nie dotyczy tylko kina. Uważam na przykład, że gdyby powieści Tokarczuk napisał redaktor Lisicki albo jakiś inny prawicowy publicysta, i gdyby te powieści powstały na podstawie sprawdzonych pomysłów ministra Glińskiego, byłyby lepsze, bo bardziej polskie i chrześcijańskie. W dodatku, w przeciwieństwie do tego, co wymęczyła Tokarczuk, minister Czarnek mógłby je spokojnie umieścić na szkolnej liście lektur obok dzieł świętego Jana Pawła II i innych świętych. SŁAWOMIR MIZERSKI © POLITYKA nr 47 (3339), 17.11-23.11.2021 |