Z życia sferRząd słucha obywateliWładza uważnie wsłuchuje się w głosy Polaków - czytam, że służby specjalne każdego dnia zakładają aż 25 nowych podsłuchów. Według MSW o 10 proc. więcej niż rok temu. To wynik znacznie lepszy od tego, jaki rząd Morawieckiego osiąga w dziedzinie motoryzacji czy budowy mieszkań i autostrad. Nie oszukujmy się: o zbudowaniu codziennie 25 tanich mieszkań lub 25 elektrycznych samochodów rząd może tylko pomarzyć. To, że zamiast na mieszkalnictwo czy okrętownictwo, PiS stawia na podsłuchowalnictwo, jest według mnie decyzją słuszną. Dzięki podsłuchom władza może usłyszeć głos konkretnych Polaków i bezpośrednio od nich dowiedzieć się, jakie mają problemy. Poza tym zbudować mieszkanie, prom czy chociaż stępkę pod niego jest trudniej, niż założyć sieć podsłuchów, które w dodatku są tańsze i nie wymagają pracy tysięcy ludzi. Do odsłuchu wystarczy minister Wąsik, który wiadomo, że kiedy jest w gabinecie sam, lubi popodsłuchiwać, bo się tym strasznie podnieca. Podoba mi się, że służby i nadzorujący je minister Kamiński, oddając do użytku kolejne podsłuchy, nie urządzają z tego powodu uroczystych przecięć wstęgi, mszy czy aktów poświęcenia przez miejscowego biskupa. Ale oczywiście i tak zawsze znajdą się ludzie nastawieni wyłącznie na krytykę. „Sprzeciwiamy się inwigilowaniu przypadkowych, niewinnych, lub po prostu niewygodnych obywateli” oświadczają oburzeni przedstawiciele Fundacji Panoptikon. Ciekawe, skąd wiedzą, że ci obywatele są przypadkowi i niewinni, skoro jeszcze nie założono im podsłuchów? Owszem, zdarza się, że ktoś jest niewinny w tej sprawie, w której założono mu podsłuch, ale raczej nie zdarza się, żeby w trakcie podsłuchiwania okazało się, że jest niewinny także w pozostałych sprawach, o których nic nie wiedziano, zanim go nie podsłuchano. Co pokazuje, że w podsłuchiwaniu nie ma przypadków i suma summarum podsłuch zawsze jest zakładany właściwej osobie, tylko nie zawsze we właściwej sprawie. Nowoczesne podsłuchy odgrywają w polityce ważną rolę m.in. dlatego, że pozwalają bliżej przyjrzeć się niektórym politykom, co ułatwia proces rządzenia. Gdyby prezydent Duda dysponował wyczerpującymi informacjami o Jarosławie Gowinie, to wręczając mu dymisję, nie musiałby się przyznawać do tego, że nie wie, kim on jest. A prezes Kaczyński miałby lepszą orientację na temat tego, czym których posłów najłatwiej korumpować, co pozwoliłoby mu uniknąć korumpowania po omacku, metodą prób i błędów. Bo - jak wiadomo - nie ma posłów odpornych na propozycje korupcyjne, są tylko źle podsłuchani. SŁAWOMIR MIZERSKI © POLITYKA nr 35 (3327), 25.08-31.08.2021 |