Człowiek na krańcach świata

Wędrowiec

Na początek chciałabym przywołać dobrze wszystkim znaną rycinę niewiadomego autorstwa opublikowana W 1888 r. przez francuskiego astronoma Camille'a Flammariona. Przedstawia ona wędrowca, który dotarł do granic świata i wystawiwszy głowę poza ziemską sferę, zachwyca się widokiem uporządkowanego i wielce harmonijnego kosmosu. Od dzieciństwa podziwiam ten cudownie metaforyczny obraz, który za każdym razem odkrywa przede mną nowe znaczenia i definiuje istotę ludzką zupełnie inaczej niż dobrze nam wszystkim znany nakreślony przez Leonarda wizerunek statycznego i tryumfalistycznego człowieka witruwiańskiego jako miary wszechświata i samego siebie.

U Flammariona mamy człowieka przedstawionego w ruchu, jako wędrowca z pielgrzymią laską, w podróżnym płaszczu i czapce. Choć nie widzimy jego twarzy, domyślamy się jej wyrazu - muszą być na niej zachwyt, podziw, oszołomienie harmonią i wielkością świata poza-widzialnego. Z naszej perspektywy jesteśmy w stanie ujrzeć tylko jego fragment, lecz wędrowiec musi widzieć o wiele więcej. Mamy tam wyraźnie zaznaczające się sfery, ciała niebieskie, orbity, obłoki i promienie - trudne do wyrażenia wymiary uniwersum, które zapewne komplikują się w nieskończoność. Znakiem niepojmowalności są także koliste machiny, które kiedyś często towarzyszyły bytom anielskim na ilustracjach z wizji Ezechiela. Z drugiej strony, za plecami wędrowca, jest świat z jego naturą, przywołaną tutaj w postaci wielkiego drzewa i kilku roślin, oraz kulturą, którą symbolizują wieże miast. Wydaje się dość umowny i banalny, żeby nie powiedzieć - nudny. Możemy się domyślać, że widzimy oto na rycinie końcowy moment długiej drogi wędrowca- udało mu się to, co nie udawało się wielu przed nim - dotarł do krańców świata. I co teraz?

Mam wrażenie, że tajemnicza rycina o nieznanej proweniencji jest doskonałą metaforą momentu, w którym się wszyscy znaleźliśmy.

Świat jest mały

- bardzo się skurczył w ciągu poprzedniego wieku. Wydeptaliśmy w nim wiele ścieżek, zawłaszczyliśmy jego lasy i rzeki, przeskoczyliśmy oceany. Wielu z nas ma subiektywne wrażenie skończoności świata. Iest to zapewne pochodną globalizacyjnej redukcji dystansów i faktu, że niemal w każde miejsce na Ziemi można dotrzeć, jeżeli tylko ma się ku temu środki. A także jego łatwej poznawalności - wszystko właściwie można sprawdzić w sieci, z każdym szybko się porozumieć.

Z pewnością mamy tu do czynienia z nowym historycznym doświadczeniem człowieka i ciekawa jestem, kto pierwszy doznał tego uczucia - że świat jest w gruncie rzeczy niewielki i do ogarnięcia. Mógłby to być jakiś biznesmen nowej generacji, ktoś „handlujący pieczonym powietrzem”, jak mawiają Holendrzy, ten Pan Tanio-Kupić-Drogo-Sprzedać, który ciągle jest w ruchu, latając z kontynentu na kontynent z paszportem jakiegoś „dobrego państwa”. Rano w Zurychu, wieczorem w Nowym Jorku. Na weekend wyskakuje na ciepłą wyspę, gdzie śni oceaniczne sny i ostrzy zmysły kokainą. Albo przeciwnie - ktoś, kto nigdy nie ruszał się poza granice swojego powiatu, a teraz kupił dziecku zabawkę, która powstała w jakichś odległych krainach, wyprodukowana rękami ludzi, o których istnieniu jeszcze niedawno ten człowiek nie wiedział. Zabawka wygląda jednak swojsko i przyjaźnie, ukrywa swą egzotyczność w zuniwersalizowanym i uogólnionym kształcie.

W tym nowym doświadczeniu niewielkości świata z pewnością gra swoją rolę triste post iterum, smutek po podróży, będący naszym udziałem, kiedy wracamy do domu po intensywnych doznaniach związanych z daleką wyprawą. Wydawało się, że dotarliśmy do jakichś granic albo doświadczyliśmy czegoś, co nie byłoby nam dane, gdybyśmy się nie urodzili w tej epoce, kiedy podróż stała się czymś więcej niż przywilejem lub przekleństwem - przygodą. Wtedy położywszy walizki w sieni, pytamy: Czy to już wszystko? Czy to właśnie to? A więc o to chodziło?

Zwiedziliśmy już Luwr i na własne oczy ujrzeliśmy "Mona Lisę". Wspinaliśmy się po piramidach Majów, próbując poczuć dramatyzm upływu czasu, który niszczy bez pardonu to, co powstawało tysiące lat. Wygrzewaliśmy brzuchy w egipskich czy tunezyjskich kurortach, karmiąc się uogólnioną kuchnią etniczną, która smakowała wszystkim bez wyjątku. Stepy Mongolii, zatłoczone miasta Indii, widoki niebosiężnych Himalajów. ..

Nawet jeżeli nam się jeszcze tego czy tamtego zobaczyć nie udało, to przecież do pandemii żyliśmy ze świadomością, że wyprawa do innych miejsc, których dotąd nie widzieliśmy, jest realna - zapisano je w katalogach biur podróży, nazwano destynacją. Świat znajdował się w zasięgu naszych stóp, dotarcie wszędzie było możliwe, jeśli tylko zdołaliśmy zdobyć na to pieniądze.

Człowiek chyba po raz pierwszy w swej historii przeżywa tę dojmującą skończoność świata. Wieczorami śledzi życia innych ludzi na ekranach swoich bystrych urządzeń i ogląda tych, których jeszcze sto lat temu nie miałby szans spotkać na swojej drodze.

Obserwując ich z daleka, widzi, że repertuar ról i możliwości także jest skończony i że właściwie ludzie są do siebie podobni, bardziej niż mogłoby się to wydawać naszym przodkom. Ci, jak pamiętamy, popuszczali wodze wyobraźni i opisywali z lubością zamieszkujące antypody stwory, którymi tak ekscytowali się dawni podróżnicy.

Dziś dzięki serialom, kinu i mediom społecznościowym wszyscy wiedzą, że ludzie z zamorskich krain nie mają wielu głów, jednej tylko nogi z wielką stopą czy twarzy na klatce piersiowej i choć różnią się kolorem skóry, wzrostem czy niektórymi zwyczajami, różnice te giną na tle całej masy podobieństw. Inni funkcjonują podobnie w swoich miastach i krajach, językach i kulturach. Kochają, tęsknią, pragną, boją się o przyszłość, mają kłopoty z dziećmi. Na tym fundamentalnym podobieństwie oparta jest wielka kariera nowego wynalazku - platform streamingowych.

Podróżnik widzi, że w gruncie rzeczy wszędzie jest dość podobnie - że istnieją hotele, je się z naczyń, myje w wodzie, kupuje pamiątki z podróży i prezenty dla znajomych, które - mimo że są imitacjami sztuki miejscowej - łączy to, że większość została wyprodukowana w Chinach.

Wiadomo też, że od każdego niemal mieszkańca Ziemi dzieli nas najwyżej sześć innych osób (na zasadzie: ja znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś itd., kto zna X), a od czasów Chrystusa - ledwie około 70 pokoleń.

Kiedyś świat był wielki i nie do objęcia wyobraźnią - teraz wyobraźnia nie jest nam już potrzebna, mamy wszystko na wyciągnięcie ręki po smartfona. Kiedyś na skrzętnie sporządzanych mapach świata widniały białe plamy, rozjątrzając wyobraźnię i będąc ostrzeżeniem dla ludzkiej hybris. Ludzie szykując się do podróży, liczyli się z tym, że z niej nie wrócą. Wyruszenie w drogę poprzedzone sporządzeniem testamentu było wydarzeniem granicznym, rozpoczynało proces inicjacyjny, proces przemiany, której rezultat nie mógł być ani znany, ani dobrze rozumiany.

Paradoksalnie rzecz ujmując, żyliśmy w świecie otwartym dla wyobraźni, świecie o zaledwie naszkicowanych granicach, pełnym niewiadomego. Ten świat domagał się nowych opowieści i nowych form, ciągle się przed nami mienił, wciąż powstawał na naszych oczach.

Dziś świat mieści się w obrębie naszego kalendarza i zegarka. Potrafimy go sobie wyobrazić, zmieścił się nam w głowie. W ciągu trzech dób człowiek może znaleźć się wszędzie, gdzie chce (z małymi nieciekawymi wyjątkami). Białe plamy na mapach zostały szczelnie wypełnione z Google Maps, które z okrutną dokładnością pokażą każdy zaułek. Na dodatek wszędzie jest mniej więcej to samo - takie same rzeczy, artefakty, sposoby myślenia, pieniądze, marki, logotypy. Egzotyczność czy wyjątkowość jest rzadkim towarem na sprzedaż, coraz częściej znika z codziennego życia i staje się gadżetem. Jak w nadbałtyckim kurorcie, gdzie przeniesiono z Tajlandii całą tajską restaurację albo na nizinach centralnej Europy, gdzie urządzono gigantyczny kompleks imitujący tropiki.

Dzięki mieszczącemu się w dłoni czy na kolanach urządzeniu można w każdej chwili porozmawiać ze swoją rodziną oddaloną o tysiące kilometrów, znajdującą się w innej strefie klimatycznej, mającą u siebie zupełnie inną porę dnia, a nawet roku. Turysta na wyprawie w Tybecie łączy się w kilka sekund z domem w Skaryszewie. Ludzie, którzy kiedyś nie mieliby się szansy poznać, dziś mogą się ze sobą komunikować przez media.

Dla naszych pięciu zmysłów świat stał się - powtórzmy - mały. Z drugiej strony zapierający dech i wzruszający jest widok kuli ziemskiej na zdjęciu zrobionym przez człowieka. Mała niebieskozielona kulka wisząca w otchłani. Po raz pierwszy w historii postrzegamy nasze miejsce planetarnie - jako skończone i ograniczone; kruche i podatne na zniszczenie.

Do tego dołącza się wrażenie zatłoczenia, skończonej przestrzeni, ciasnoty, nieustannej współobecności innych - poczucie skończoności doświadczanego świata staje się klaustrofobiczne. Nic dziwnego, że ostatnio coraz częściej wracają marzenia o podróżach kosmicznych, o porzuceniu starego domu, który okazał się już zbyt dobrze znany, ciasny i zagracony.

To odczucie zmniejszenia i skończoności świata intensyfikuje jeszcze podłączenie do sieci i powszechna inwigilacja. O tak, żyjemy już w Panoptykonie - jesteśmy nieustannie widziani, obserwowani i analizowani.

Poczucie skończoności wszystko banalizuje, ponieważ tylko to, co nie poddaje się naszemu poznaniu, może wzbudzać nasz entuzjazm i zachować cudowny status tajemnicy.

Sezamiczność

Nieskończoność jednak traktujemy często jako chaos, ponieważ nie daje nam ona szans na przyłożenie do niej jakichkolwiek poznawczych ram, jakiejkolwiek struktury. Nie istnieją mapy nieskończoności. Odrzuca też ona człowieka jako swoją miarę. Jeśli ktoś chciałby znów obcować z nieskończonością, wystarczy, aby włączył się do sieci. Tutaj dojmujące poczucie, że świata jest za dużo, uczy pewnej powściągliwej rezygnacji - idę tylko swoją drogą, ucząc się pomijać machające do mnie ciekawostki, jestem niczym Lot, który ucieka z płonącej Sodomy i ma na tyle silnej woli, żeby nie oglądać się za siebie - w przeciwieństwie do swej ciekawskiej żony.

Dziś syndromem żony Lota nazwijmy ten rodzaj zastygnięcia przed ekranem, który można już porównać z katatonią. Syndrom dotyka milionów nastolatków i inceli, którzy zwłaszcza w czasie pandemii, mimo ostrzeżeń, spojrzeli na płonące miasta i nie mogą już od nich oderwać wzroku.

Często surfując w poszukiwaniu jakiejś informacji, miałam poczucie, że poruszam się po ogromnym oceanie danych, które na dodatek ciągle znajdują się w stanie samotworzenia, samokomentowania. W istocie ten, kto użył po raz pierwszy na określenie tej czynności czasownika „surfować”, był geniuszem. Obraz samotnego człowieka, który za pomocą niewielkiej deski porusza się na szczycie fali po rozjuszonym oceanie, jest tu jak najbardziej uzasadniony. Surfera niesie żywioł, a on sam ma wpływ na trajektorię tylko w ograniczonym zakresie - zdaje się na energię i ruch fali. Zauważmy, że to poczucie bycia zaledwie przedmiotem ruchu od nas niezależnego, a więc iw pewien sposób bycia kierowanym, poddania się sile o tajemniczym bezwładzie, wydobywa z zapomnienia stare pojęcie  f a t u m, które rozumiemy już inaczej - jako sieć zależności od innych, jako dziedziczenie wzorów zachowań nie tylko w sensie biologicznym, ale i kulturowym, czego skutkiem jest żywa i chyba rozwijająca się dyskusja o tożsamościach.

Nieskończoność wdarła się do świata homo consumens, kiedy ów świat zaczął przypominać sezam. Powiedzieliśmy: sezamie otwórz się i - stało się! Otworzył się, przywalając nas bogactwem oferowanych usług, towarów, typów, wzorów, odmian, fasonów, mód, trendów. Chyba każdy doświadczył choć raz tej baśniowej wielości oferty i niepokojącego podejrzenia, że musielibyśmy mieć kilka żyć, żeby z niej skorzystać.

I jakoś nie wiadomo kiedy nasze życie zostało sprowadzone do nabywania nowych dóbr, zamawiania nowych usług z niewyczerpanej oferty. W jednym z opowiadań genialnego Philipa K. Dicka fabryki sterowane jakąś oszalałą inteligencją nie mogą zatrzymać produkcji i muszą stworzyć dla nieskończonej liczby zaprogramowanych towarów idealnego nabywcę, superkonsumenta zahipnotyzowanego tym kosmosem dóbr, klienta, dla którego istotą życia stanie się próbowanie i delektowanie się odmianami tego czy tamtego, deliberowanie nad markami szminek, gadżetów, perfum, ubrań, samochodów, tosterów, przy czym specjalne programy i czasopisma będą służyć mu do konsultowania, co wybrać. Ta wizja, jakże futurystyczna w latach sześćdziesiątych XX wieku, ziściła się szybciej, niż myśleliśmy. Dziś to opis naszego tu i teraz.

A przecież to samo dotyczy konsumpcji dóbr intelektualnych. Zasoby bibliotek wirtualnych stały się nieskończone - siedząc przy komputerze, ma się właściwie wrażenie, że człowiek porusza się po sezamie, którego nie może już ogarnąć (to dlatego ten czasownik stał się w ciągu ostatnich lat tak popularny w polszczyźnie) - ani autorów, ani tytułów, ani haseł. Porażająca jest świadomość, że w tej samej chwili, kiedy piszę te słowa, powstają setki, jeśli nie tysiące artykułów, wierszy, powieści, esejów, reportaży itp. Nieskończoność reprodukuje się sama, rozprzestrzeniając się, a my przystawiamy do niej nasze kruche narzędzia wyszukiwarek, żeby mieć wrażenie, że wciąż mamy nad nią kontrolę.

Moje pokolenie radzi sobie z tym szczególnie niedobrze - byliśmy wszak wychowani w czasie niedostatku i braku, w wielu wciąż tkwi instynkt gromadzenia zapasów „na kryzys”, „na inflację”. To dlatego mój mąż zbiera gazety i wciąż gromadzi wycinki, jednocześnie zaś z poczuciem misji Noego buduje regały pod bibliotekę na papierowe książki.

Nasze i poprzednie pokolenia trenowały się w mówieniu światu TAK, TAK. Powtarzaliśmy sobie: spróbuję tego i jeszcze tego, pojadę tam i potem tam, doświadczę tego i tamtego. Biorę to i co mi szkodzi, żeby wziąć także tamto.

Teraz u naszego boku pojawia się generacja, która rozumie, że najbardziej ludzkim i etycznym wyborem w tej nowej sytuacji jest trening w mówieniu NIE, NIE, NIE. Zrezygnuję z tego i tamtego. Ograniczę to i to. Nie potrzebuję. Nie chcę. Odpuszczę...

Moje imię to milion

Jednym z najważniejszych odkryć ostatnich lat - odkryciem, które wpłynęło na samo postrzeganie istoty człowieka - było z pewnością stwierdzenie, że organizm ludzki, a także ogólnie organizmy zwierząt i roślin w swym rozwoju i funkcjonowaniu współdziałają z innymi organizmami, że organizmy łączy ścisła współzależność. Dzięki ustaleniom biologii i medycyny - począwszy od przełomowych idei Lynn Margulis, według której kołem napędowym ewolucji i powstawania gatunków były symbioza i łączenie się organizmów, aż po wyniki współczesnych prac badawczych - okazało się, że jesteśmy bytem raczej zbiorowym niż indywidualnym, bardziej republiką wielu różnych organizmów niż monolitem, hierarchicznie ustrukturyzowaną monarchią. "Twoje ciało to nie tylko TY", „Człowiek ma tylko 43 procent ludzkich komórek” - głoszą tytuły w popularnej prasie, budząc zapewne u wielu prawdziwy niepokój. Niezależnie od tego, jak często się myjesz, człowieku, twoje ciało pozostaje pokryte populacjami „sąsiadów” - bakterii, grzybów, wirusów i archeonów. Najwięcej ich znajduje się w mrocznych zakamarkach naszych wnętrzności. Obecna pandemia koronawirusa potwierdza jeszcze ten obraz rodem z horroru - człowiek może zostać skolonizowany na wielką skalę. Brzmi to i nieprawdopodobnie, i zupełnie rewolucyjnie, do tej pory bowiem filozofia i psychologia monadyzowała nas. Człowiek monadyczny, pojedynczy byt „rzucony w istnienie” górował samotnie nad resztą królestw roślinnych i zwierzęcych jako „korona stworzenia”. To był obraz, który zdominował naszą wyobraźnię i nasze postrzeganie siebie. Patrząc w lustro, widzieliśmy zdolnego do autorefleksji, myślącego zdobywcę, oddzielonego od świata, często samotnego i tragicznego. W lustrze pojawiała się twarz białego mężczyzny i z jakiegoś powodu przyznawaliśmy, że człowiek brzmi dumnie. Dziś wiem, że ten wspaniały homo sapiens jest tylko w 43 procentach sobą. Reszta to te śmieszne i nieważne stworzonka, które dotąd łatwo było wytłuc antybiotykami.

Uświadomienie sobie naszej złożoności i zależności od innych stworzeń, a nawet naszej „multiorganizmowości” biologicznej, wprowadza do naszego myślenia tą organiczną drogą pojęcie roju, symbiozy, kooperacji.

Sądzę, że grzechem, za który zostaliśmy wygnani z raju, nie były ani seks, ani nieposłuszeństwo, ani nawet poznanie boskich tajemnic, lecz właśnie uznanie siebie za coś oddzielonego od reszty świata, pojedynczego i monolitycznego. Odmówiliśmy uczestniczenia w relacjach. Odeszliśmy z raju pod okiem równie jak my oddzielonego od świata, monolitycznego, monoteistycznego Boga (dziś ciśnie mi się pod palce metafora Boga w rękawiczkach i maseczce) i odtąd zaczęliśmy pielęgnować wartości tego stanu: dążenie do zmitologizowanej integracji, do całości, egoizacja, monolityczność, monizm, myślenie analityczne, separatyzujące, na zasadzie albo-albo (nie będziesz miał bogów cudzych przede mną), religię monoteistyczną, rozróżnianie, wartościowanie, hierarchię, grodzenie, oddzielenie, ostre czarno-białe podziały i w końcu gatunkowy narcyzm. Stworzyliśmy z Bogiem spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, która zmonopolizowała i zniszczyła świat, i nasze sumienie. Przez co zupełnie przestaliśmy rozumieć niesamowitą złożoność tego świata.

Tradycyjne postrzeganie ludzkiej istoty ulega dzisiaj dramatycznej zmianie, nie tylko wskutek kryzysu klimatycznego, epidemii i odkrycia granic rozwoju ekonomicznego, ale także poprzez nasze nowe odbicie w lustrze: obraz białego mężczyzny, zdobywcy w garniturze czy korkowym hełmie zaciera się i znika, widzimy za to coś w rodzaju twarzy malowanych przez Giuseppe Arcimboldiego - organicznych, wielokrotnie złożonych, niepojętych i hybrydowych - twarzy, będących syntezą biologicznych kontekstów, zapożyczeń i odniesień. Jesteśmy już nie tyle biontem, ale holobiontem, czyli zespołem różnych organizmów żyjących ze sobą w symbiozie. Złożenie, wielość, różnorodność, wzajemne oddziaływanie, metasymbioza - to nowe perspektywy, z których oglądamy świat. Rozmywa się też na naszych oczach pewien ważny aspekt starego systemu, który wydawał się dotąd fundamentalny - podział na dwie płcie. Dziś coraz częściej widać, że ludzka płciowość to coś w rodzaju kontinuum o zmiennym natężeniu cech, nie zaś biegunowe przeciwstawienie ich sobie. Każdy może sobie tutaj znaleźć swoje niepowtarzalne właściwe miejsce. Jaka ulga!

Ta nowa perspektywa oparta na złożoności widzi świat nie jako uporządkowany hierarchicznie monolit, lecz jako wielość i różnorodność, luźną organiczną strukturę sieci. Ale najważniejsze jest to, że w ramach tej perspektywy po raz pierwszy zaczynamy siebie samych postrzegać jako organizmy złożone i wielorakie - do tego prowadzi odkrycie idei biotonu i mikrobioty oraz ich oszołamiający szeroki wpływ na nasze ciało i psychikę, na całość tego, co nazywamy człowiekiem.

Przypuszczam, że konsekwencje psychologiczne takiego stanu rzeczy okażą się zaskakujące. Być może wrócimy do postrzegania ludzkiej psychiki jako złożonej z wielu struktur i warstw. Być może zaczniemy traktować osobowość jako  g r o n o  i nie będziemy się bali uznać tożsamości zwielokrotnionej (multiplied personality) za zupełnie normalną i naturalną. W sferze społecznej może nastąpić dowartościowanie zdecentralizowanych struktur zorganizowanych sieciowo, zaś hierarchiczne państwo oparte na wykluczającej idei narodu stanie się czymś zupełnie anachronicznym. Może wreszcie religie monoteistyczne, przejawiające ogromną skłonność do przemocowych fundamentalizmów, nie będą w stanie zaspokoić zmieniających się potrzeb człowieka i zaczną się „politeizować”. W końcu podobno to politeizm współgra lepiej z ideą demokracji.

Dziś tamta tradycyjna misterna konstrukcja człowieka oddzielonego od reszty świata się rozpada. Wyobrażam sobie to jak upadek wielkiego spróchniałego drzewa. Ale przecież drzewo nie przestaje istnieć, zmienia się tylko jego stan. Od teraz staje się miejscem jeszcze bardziej intensywnego życia: kiełkowania na nim innych roślin, kolonizowania go przez grzyby i saprofity, zasiedlania przez zwierzęta i owady. Zresztą i samo drzewo odrodzi się od swoich przyrostów, nasion, korzeni.

Wiele światów w jednym miejscu

Chyba jeszcze nigdy w historii dystanse między generacjami nie były tak duże. Myślę o głębokich przepaściach między pokoleniami determinowanych przez rozwój sztucznej inteligencji i lawinowe zmiany w dostępie do informacji. Wygląda na to, że społeczeństwo ludzkie rozwarstwiło się na pokoleniowe zony różniące się od siebie podejściem do świata, wiedzą, używaniem i jakością języka, umiejętnościami, mentalnością, rodzajem polityczności i wzorcami życia. O ile w globalizującym się wciąż bardzo intensywnie świecie (aż do pandemii) różnice między kulturami i etniami zanikały i rozmywały się sukcesywnie, tak że wszystko upodobniało się do siebie, o tyle przepaść między generacjami rosła. Coraz wyraźniej i głośniej werbalizowany staje się konflikt między starymi a młodymi, widać to szczególnie w przypadku pandemii, którą demonizują jeszcze różnice biologicznej odporności na wirusa. Ale podobne rozbieżności zaznaczyły się już wcześniej przy okazji zmian klimatycznych i konieczności zapobiegania im. Tutaj też młodzi wystąpili przeciw starym, słusznie zarzucając tym drugim brak myślenia perspektywicznego i wizji naprawy. Ta przepaść to jednak nie tylko konflikt między starymi a młodymi, ale jakaś dziwna nieprzystawalność żyjących w jednej przestrzeni różnych grup wiekowych ludzi.

Wnuków od dziadków dzieli dziś więcej niż kiedyś mieszkańców Nowego Jorku i Sandomierza. A prawnuków od pradziadków - tu trzeba by chyba użyć do porównania dystansów międzyplanetarnych.

Poszczególne generacje mają dziś nie tylko swoje języki, ale i właściwe sobie powszednie rytuały. Obowiązują w nich specyficzne dla każdej z nich wzory konsumpcji i odmienne style życia. Inaczej wyobrażają sobie przyszłość i w inny sposób są od niej zależni, inny jest ich stosunek do przeszłości, inaczej też kontaktują się z teraźniejszością. Wnukowie siedzą w coraz to nowych aplikacjach, dziadkowie oglądają ulubione programy w telewizji. Bańki internetowe przenoszą się do realu, co staje się szczególnie wyraźne, gdy dotyczy seniorów. Niesamowitym dla mnie doświadczeniem były godziny dla seniorów podczas pandemii, kiedy to między dziesiątą a dwunastą na ulice wychodzili ludzie powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia i załatwiali sprawunki w sklepach. Potem zaś, po południu w kolejkach do supermarketów można było ujrzeć samych trzydziesto-, czterdziestolatków. Początek jakiejś ponurej dystopii.

Rozpad populacji na generacyjne plemiona uzmysławia, jak wiele rzeczywistości znajduje się w tej samej przestrzeni. Zazębiają się one, pokrywają, stymulują nawzajem, ale pozostają oddzielone.

Dziwne lato 2020

Zwykle wielkie zmiany następowały po kataklizmach i wojnach. Podobno ludziom tuż przed pierwszą wojną światową towarzyszyło poczucie, że to koniec jakiegoś etapu, jakiegoś świata. Dla wielu ówczesna sytuacja wydawała się nie-do-zniesienia, choć nie do końca sobie to uświadamiali. Dziś nie rozumiemy tego entuzjazmu, który sprowadzał na ulice wiwatujące tłumy żegnające młodych mężczyzn wyruszających na wojnę. Rześki krok tych ostatnich, podkręcony ówczesną techniką filmowania, przez co zamieniony po trosze w podrygiwanie kukiełek, prowadził ich gdzieś za horyzont, gdzie czaiły się już okopy Verdun i rewolucja bolszewicka. Cały porządek ich świata miał wkrótce zsunąć się w przepaść.

Obyśmy nie powtórzyli tego błędu.

Dziś - gdy mamy dziwne lato 2020 - nie wiemy, co będzie. Zdaje się, że nawet eksperci nabrali wody w usta, nie chcąc przyznać, że są niczym dzisiejsi meteorolodzy - wskutek zawirowań klimatycznych nie potrafią już przewidzieć pogody.

Świat wokół nas stał się zbyt złożony, i to w różnych wymiarach równocześnie. Spontaniczną, odruchową odpowiedzią na ten stan rzeczy jest reakcja tradycjonalistów i konserwatystów, którzy traktują ten wzrost złożoności jako chorobę, jako zaburzenie. W charakterze lekarstwa aplikują nam nostalgię, powrót do przeszłości i kurczowo trzymają się tradycji. Skoro świat się stał zbyt skomplikowany, to trzeba go uprościć. Skoro nie radzimy sobie z rzeczywistością, to tym gorzej dla niej. Nostalgia za czasem utraconym przewija się w naszym myśleniu, w modzie, w polityce. W tej ostatniej pojawia się wiara w to, że można zawrócić czas i wejść do tej samej rzeki, która płynęła kilkadziesiąt lat temu. Myślę, że nie zmieścilibyśmy się w tamtych życiach. Nie zmieścilibyśmy się w przeszłości. Ani nasze ciała, ani nasza psychika.

A co, gdyby zrobić krok w bok? Poza udeptane trakty rozważań, dywagacji i dyskursów, poza orbitujące wokół wspólnego centrum układy baniek. W miejsce, skąd widać lepiej i szerzej i gdzie dostrzegalne są kontury najszerszego kontekstu.

Kiedy Greta Thunberg postulowała: zamknijcie kopalnie, przestańcie latać samolotami, skupcie się na tym, co macie, a nie tamtym, co możecie jeszcze mieć, nie sugerowała, jak sądzę, żebyśmy przesiedli się na furmanki i powrócili do kurnych chat opalanych drewnem.

Ewidentnym Czarnym Łabędziem okazała się pandemia, której - jak to z Czarnym Łabędziem bywa - nikt się nie spodziewał, a która zmienia wszystko.

Moim najbardziej ulubionym przykładem nagłego pojawienia się Czarnego Łabędzia są wydarzenia z końca XIX w. z Londynu. Ludzie mieszkający w tragicznie zatłoczonym i brudnym mieście, myśląc o przyszłości, martwili się, że jeśli ruch na ulicach brytyjskiej stolicy będzie rozwijać się tak szybko i gwałtownie, to wkrótce zwały łajna końskiego zaczną sięgać pierwszego piętra budynków.

Zaczęto już szukać rozwiązań tego problemu, opatentowywano projekty specjalnych rynsztoków oraz zwałowników i już zacierano ręce, licząc na wielkie biznesy związane z wywożeniem końskich odchodów za rogatki miast. I wtedy pojawił się samochód. W sensie poznawczym Czarny Łabędź może być wydarzeniem zwrotnym, lecz nie dlatego, że spowoduje kryzys ekonomiczny czy uświadomi ludziom ich kruchość i śmiertelność. Rezultatów pandemii jest w końcu wiele i są one bardzo różnorodne. Najważniejszym jednak wydaje mi się złamanie głęboko uwewnętrznionej narracji, że kontrolujemy świat i jesteśmy panami stworzenia.

Być może człowiek jako gatunek musi chełpić się mocą, jaką posiadł dzięki swojemu rozumowi czy swojej kreatywności, i to przywodzi go do myśli, że jest najważniejszy - on sam i jego interesy. Ale dzięki innej perspektywie, odmiennemu spojrzeniu, może poczuć się równie ważny, a do tego potrzebny jako kluczowe oko sieci, jako przekaziciel energii, przede wszystkim zaś jako ktoś odpowiedzialny za całość tej skomplikowanej budowli. Odpowiedzialność jest czynnikiem, który pozwala zachować poczucie ważności i nie degraduje z trudem przez wieki budowanego konstruktu supremacji homo sapiens.

Wierzę, że nasze życie jest nie tylko sumą zdarzeń, lecz skomplikowanym splotem sensów, które tym zdarzeniom przypisujemy. Owe sensy tworzą cudowną tkaninę opowieści, pojęć, idei i można ją uznać za jeden z żywiołów - jak powietrze, ziemia, ogień i woda - które fizycznie determinują nasze istnienie i kształtują nas jako organizmy. Opowieść jest więc piątym żywiołem, który każe nam widzieć świat w taki, a nie inny sposób, rozumieć jego nieskończone zróżnicowanie i skomplikowanie, a także porządkować nasze doświadczenie i przekazywać je z pokolenia na pokolenie, z jednego istnienia w drugie.

Kairos

Rycina z dzieła Flammariona przedstawia moment kairotyczny. Kairos to jeden z tych pomniejszych bogów, którzy wobec Olimpijczyków wydają się niezbyt ważni i pomykają gdzieś na peryferiach mitologii. Szczególny to bóg i szczególną ma fryzurę. Jest ona zarazem jego atrybutem - łysy na potylicy ma tylko grzywkę, za którą można go złapać, gdy nadchodzi; gdy zaś już nas minie, uczynić tego nie sposób. To bóg okazji, przemijającej chwili, niesamowitej możliwości, która otwiera się tylko na moment i którą trzeba bez wahania chwycić (za grzywkę), by nie umknęła. Niedostrzeżenie Kairosa skutkuje pominięciem okazji do przemiany, metanoi - i to takiej, która jest rezultatem nie długiego procesu, lecz brzemiennej w skutki chwili. W greckiej tradycji Kairos określa czas, lecz nie ten potężny jego strumień znany jako chronos, ale czas wyjątkowy, brzemienny w skutki moment, który zmienia wszystko. Kairos wiąże się zawsze z decyzją podjętą przez człowieka, nie zaś z losem czy fatum, z okolicznościami zewnętrznymi. Symboliczny gest uchwycenia Kairosa za kosmyk włosów oznacza zreflektowanie się, że oto nadchodzi zmiana, odwrócenie trajektorii losu.

Dla mnie Kairos jest bogiem ekscentryczności, jeśli przez ekscentryczność rozumiemy porzucenie „centrycznego” punktu widzenia, udeptanych ścieżek myślenia i działania, wyjście poza obszary dobrze znane i niejako uzgodnione wspólnotowymi nawykami myślowymi, rytuałami, ustabilizowanymi światopoglądami.

Ekscentryczność traktowano zawsze jako dziwactwo i margines, a przecież wszystko co twórcze, genialne i posuwające świat w nowym kierunku musi być eks-centryczne. Ekscentryczność oznacza spontaniczną, a przy tym pełną radości kontestację tego, co zastane i uznane za normalne i oczywiste - jest wyzwaniem rzuconym konformizmowi i hipokryzji, kairotycznym aktem odwagi, chwytania chwili i zmiany trajektorii losu.

Spostponowaliśmy wiedzę ogólną i zatraciliśmy gdzieś zmysł całościowej percepcji. Na naszych oczach odchodzą ostatni erudyci - tacy jak choćby Stanisław Lem czy Maria Janion, zdolni uchwycić powinowactwa wiedzy z dziedzin na pozór od siebie odległych, wielcy eks-centrycy, którzy potrafili wystawić głowę poza sferę uzgodnionego porządku. Kiedyś przynajmniej próbowaliśmy ująć świat w całości, budując jego kosmogoniczne i ontologiczne wizje, zadając pytania o jego sens. Lecz gdzieś po drodze zostaliśmy sproletaryzowani w podobny sposób, w jaki kapitalistyczna fabryka sproletaryzowała rzemieślników, którzy potrafili jeszcze wytworzyć cały produkt, zamieniając ich w robotników wykonujących tylko jego określoną część składową, nieświadomych całości.

Proces samodzielenia się społeczności ludzkiej na bańki jest procesem niewyobrażalnej totalnej proletaryzacji. Zamykamy się i mościmy w naszej ubańkowionej sferze doświadczeń zamykającej nam dostęp do doświadczeń i myśli innych. W dodatku tak wolimy, jest nam z tym dobrze, inni - ale inni naprawdę, ci, których zrozumienie, a może samo dostrzeżenie wymagałoby wychynięcia na zewnątrz - mało nas obchodzą.

Sfera publiczna oczywiście istnieje - lecz raczej jako namiastka, pozór, gra, spektakl na tle mocno zużytych dekoracji zawłaszczony przez władzę i jej rytuały. W wydeptanych centrach, dawnych miejscach wymiany myśli, nie ma już powietrza. Agora zamieniła się w zbiór traktów i kolein, po których poruszamy się mechanicznie. Swoją rolę straciły uniwersytety, przeistaczając się w groteskowy pastisz samych siebie - zamiast tworzyć naukę í płaszczyzny wzajemnego zrozumienia zamknęły się w swoich murach i portalach, broniąc dostępu do wiedzy i zazdrośnie ukrywając wzajemnie przed sobą wyniki badań. Rywalizując o granty i punkty, uczeni zmienili się we współzawodniczących ze sobą wyrobników.

Nie widząc całości, pozostajemy zależni od lokalnych wirów i pojedynczych puzzli wielkiej układanki, jaką jest świat - ten dany i ten, który nad nim nadbudowujemy.

W tym, co piszę, zawsze starałam się kierować uwagę i wrażliwość czytelnika na całość. Biedziłam się nad totalnymi narratorami, prowokowałam fragmentaryczną formą, sugerując istnienie konstelacji, które wykraczają poza prostą sumę składników i tworzą własne sensy.

Wydaje mi się, że literatura jako nieustanny proces snucia opowieści ma większą niż cokolwiek innego możliwość ukazania świata z całością perspektywy wzajemnych wpływów i powiązań. Rozumiana szeroko, jak najszerzej, jest ze swojej natury siecią, która łączy i ukazuje ogrom korespondencji między wszystkimi uczestnikami bytu. To bardzo wyrafinowany i szczególny sposób komunikacji międzyludzkiej, precyzyjny i zarazem totalny.

Gdy piszę ten tekst, ciągle odwołuję się do literatury, a to przywołując Kairosa, a to nawiązując do Flammariona i anonimowej ryciny, którą skądś wynalazł, żeby ilustrowała jego książkę „L'Atmosphere: Météorologie Populaire”. Wiem, że przez wielu literatura jest traktowana jako czcza rozrywka i sprowadza się dla nich do „książki do czytania”, coś, bez czego można żyć szczęśliwie i w pełni. Lecz w swoim najszerszym rozumieniu literatura to przede wszystkim sezam punktów widzenia innych ludzi, wizji świata przefiltrowanych przez niepowtarzalny umysł każdej jednostki. Nie da się tego z niczym porównać. Literatura, także ta najdawniejsza, oralna, tworzy idee i wyznacza perspektywy, które zapadają nam głęboko w umysł i formatują go, czy tego chcemy, czy nie. To ona stanowi macierz filozofów (czymże jest "Uczta" Platona, jak nie kawałkiem dobrej literatury?) i to od niej filozofowanie się zaczyna.

Trudno byłoby stworzyć wizję literatury na nowe czasy, zwłaszcza że dobrze poinformowani mówią, iż właśnie dorosło ostatnie czytające pokolenie. Chciałabym jednak, żebyśmy dali sobie prawo pozwalające tworzyć nowe opowieści, nowe pojęcia i nowe słowa. Jednocześnie wiem, że w tym wielkim płynnym, migoczącym uniwersum, jakim jest świat, nic nie jest nowe. To odmienna konfiguracja ustawia rzeczy w odmienny sposób, tworzy nowe skojarzenia, nowe pojęcia. Termin „antropocen” ma zaledwie 20 lat, ale dzięki niemu jesteśmy w stanie pojąć to, co się wokół nas i z nami dzieje. Składa się z dwóch dobrze znanych greckich słów: anthropos (człowiek) ikainos (nowy) i wskazuje, jak wielki jest wpływ człowieka na funkcjonowanie procesów przyrodniczych w skali całego globu.

A co powiedzielibyście na ognozję?

OGNOZJA (ang. ognosia, franc. ognosie) - proces poznawczy, który odzwierciedlając przedmioty, sytuacje i zjawiska, próbuje uporządkować je w wyższy współzależny sens. Potocznie: umiejętność syntetycznego podejścia do problemów poprzez poszukiwanie porządku zarówno w samych narracjach, jak i detalach, drobnych częściach całości. Upośledzenie w zakresie ognozji przejawia się niemożnością postrzegania świata jako integralnej całości, czyli widzeniem wszystkiego osobno; zaburzona jest wtedy funkcja - wglądu w sytuacje, syntezy i kojarzenia faktów pozornie zupełnie ze sobą niepowiązanych. W terapii często używa się metody leczenia powieścią (ambulatoryjnie stosuje się też opowiadania).

Stwórzmy bibliotekę nowych pojęć. Wypełnijmy je treścią eks-centryczną, taką, o której centrum nie słyszało. Będzie nam przecież brakowało słów, terminów, zwrotów, fraz, a kto wie, czy nie całych stylów i gatunków do opisywania tego, co nadejdzie.

Będziemy potrzebowali nowych map oraz odwagi i humoru wędrowców, którzy nie zawahają się wystawić głowy poza sferę dotychczasowego świata, poza horyzont dotychczasowych słowników i leksykonów. Ciekawa jestem, co tam ujrzymy.

OLGA TOKARCZUK

© POLITYKA nr 40 (3281), 30.09–6.10.2020